RSS
sobota, 27 sierpnia 2016

Była jeszcze małym, ludzkim robaczkiem, śliczną biedronką w czerwonej, troszkę kropkowanej sukience, gdy po raz pierwszy spróbowała podnieść bardzo dużą księgę. Księgę prawdy i kłamstwa, smutku i radości. Pokory też. Nie, nie pokory. Gotowa była patrzeć prosto w oczy Prawdzie i uśmiechać się przy tym z całą ufnością małego dziecka. Literka po literce wodziła paluszkiem po literach, linijka po linijce poznając smaki życia. Czytała też o śmierci, jak o czymś pięknym i szlachetnym. Paluszek rósł, aż stał się całkiem dużym palcem zupełnie dużej biedronki. Z sukienki już wyrosła, więc nałożyła nową. Powstawało na niej coraz więcej czarnych kropek lecz ona tego nie zauważała, podążając za liniami tekstu. Pewnego dnia zauważyła, że kropki na jej sukience uciekają jej przez palce na papier. Nie chciała zniszczyć swoich książek, dlatego sięgnęła po puste kartki papieru, pełne cieniutkich linijek. Kropeczki skapywały, jedna po drugiej, a że pamiętała ich kolejność, zawsze mogła je przywołać śpiewem. Nie rozumiała, dlaczego wszyscy wokół zatrzymywali się z zachwytem, słysząc kropki na jej ustach. Niektórzy nawet pozwalali złapać się za palec i dotknąć nim prawdy ukrytej między liniami. Ci szli potem za nią, bo kto raz dotknie ziarenek prawdy, ten już nie chce iść gdzie indziej.

Latami dzieliła się z innymi swym talentem przetwarzania smutku w piękno. Piękna w radość. Radości w życie. Życia w odejście. Dzięki tym kropkom na liniach, sukienka biedronki pozostawała tak samo świeża, jak wtedy, gdy była ona mała i bezbronna. Jednak już nie patrzyła prosto w oczy prawdzie... Spuszczała wzrok, coraz mniej zauważając swą potężną moc unoszenia kropek ponad ziemię. A ufność? Zagubiła się gdzieś, zbyt mała, by nadążyć drobnymi kroczkami za rzeczywistością. Nie, to nie trwało długo, bo biedronki, które noszą nuty, nie potrafią stać w miejscu ze spuszczoną głową.

Do dziś nikt już nie pamięta, nikt nie zapisał, kiedy to się stało, że biedronka odłożyła wiele zeszytów pełnych kropek i sięgnęła, po tę pierwszą księgę, po której wodził jej dziecięcy paluszek. Wygrzebała ją spod zwałów liści, zdmuchnęła grudki ziemi i piachu i otworzyła... tam gdzie usiadły jej palce. Jak mała biedronka w troszkę tylko kropkowanej sukience, dotknęła palcem linijki, pierwszej z brzegu lecz nieprzypadkowej. I jak kiedyś, gotowa była patrzeć prosto w oczy Prawdzie i uśmiechać się przy tym z całą ufnością małego dziecka. Tym razem żaden człowiek nie usłyszał, śpiewała tylko dla siebie. Śpiewała tak długo, że skończył się dzień, potem drugi i dziesiąty.

Wreszcie wstała, położyła starą księgę na stosie zeszytów z kropkami i poszła dalej, niosąc nuty życia. Idziemy za nią?

 

08:52, kkk8884
Link Dodaj komentarz »

Trudno być małą myszką wobec ogromnego kota. Ja się chowam, on poluje. Ma takie wielkie pazury, wystające do przodu wąsy i skacze bardzo wysoko. Ja, mała myszka, mogę tylko umykać z ogonkiem przy ziemi albo zaszyć się między grudkami, zastygając w bezruchu, gdyż to jedyna szansa, że mnie nie zauważy. A jeśli nawet, jestem tak mała, tak szara, że mam szansę umknąć jego pazurom. Gdy mam chwilkę, to jem ziarenka zbóż. Oczywiście, zaspokojenie głodu jest moją pierwszą potrzebą. Karmię się najniezbędniejszą paszą wprost do brzuszka i wprost do serca. Wiem, że on gdzieś się czai. A może śpi spokojnie, ponieważ wie, że póki nie nakarmię się u jego boku, to nigdzie nie pójdę. Bywają chwile, że mogę bezpiecznie zaszyć się między jego łapami, poczuć jego ciepło i też na chwilkę zdrzemnąć. Koty śpią twardo, bo wiedzą, że gdy już wstaną, zawsze upolują taką ofiarę, jaką sobie zażyczą. Nawet jak jedna im umknie, będzie tuzin innych.

Śpimy spokojnie aż do świtu. Nastaje nowy dzień. Budzę się przerażona, przed czym tym razem przyjdzie mi uciekać, a on - rozluźniony. Widać w każdym jego ruchu, że czeka na kolejne polowanie. Nie spieszy się, bo i po co. Zawsze jakąś myszkę upoluje. A w sumie nie, zrobi to za niego jego kobieta. O ile ją ma, po jego obowiązkowej operacji.

Niby to widzę, niby się boję... Ale już nie tak, jak poprzednio, bo po tej nocy już wiem, że nie jest tak źle. To tylko stary, wyliniały kastrat, który na moich oczach podlizuje się ludziom, żeby dostać szklankę wody i trochę suchej karmy.

00:14, kkk8884
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Dziś po wczorajszym tłumaczeniu z ukraińskiego na polski, zafundowałam sobie tłumaczenie w drugą stronę. Fantastyczny utwór, ktoś poprosił, żeby przetłumaczyć na angielski, więc oto jest. Mocno nieporadnie ale jest :)

Piotr

Night by night – all years long
Sleep during the day when time is gone
Time knocking at us like a clock
Noone knew what it counted

Cause all of it was supposed to last
Five years at the most
Cause all of it was supposed to last
Five years at the most
The whole world has changed
It will twist again – but we'll survive. Again and again.

So many tunes everyone has sung
So many words have been said
In better and worse times
Laughter helped us stay.

Cause all of it was supposed to last
Five years at the most

Peter!
Cause all of it was supposed to last
Five years at the most
The whole world has changed
It will twist again – but we'll survive. On and on. Again.

Stay, survive – it's all what we need
Give us joy on the way to heaven
Be there a while before we succeed

Our milky way towards forever

Cause all of it was supposed to last
Five years at the most
Cause all of it was supposed to last
Five years at the most
The whole world has changed
It will twist again – but we'll survive. On and on. Again.






 

sobota, 23 lipca 2016

Moje nowe życie ma skrzydła motyla
Brzydka poczwarka zawinęła się w kokon
Cichutko czekała aż przyjdzie jej czas
Gdy pojawiła się
Zadziwionymi oczami spojrzała na świat
Rozprostowała skrzydła
Pojawił się niebiański potok barw i kształtów
Moje nowe życie ma skrzydła motyla
Coś go zaswędziało
Motyl dał dyla
Moje nowe życie jest jak nocna ćma
Uśpiona w dzień czeka do zmroku
By znaleźć ten jeden promyk nadziei
Ogrzewać się przy nim i nabierać sił
Trzepoce skrzydłami, szuka ciepła domu
Spłonęła w lampie, niepotrzebna nikomu
Moje nowe życie jest jak mała mrówka
Pracowicie dzień po dniu
Ziarenko po ziarenku znosi trudy dnia
Jest jej dobrze, bo nie sama
Równo w szeregu wypełnia rozkazy
Mrówka myśleć zaczęła
Ktoś nadepnął. Zginęła.
Moje nowe życie jest jak żuk gnojownik
Toczy kulkę łajna co go przerasta
Z uporem maniaka wbija ją na górę
Ona się stoczy, on ma szansę zostać
Żałosna ta postać
Moje nowe życie to... ja nie wiem co to jest
Czas pokaże nie porównania

Ważne, że rano wstaję robactwu wbrew

09:57, kkk8884
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016

 

Dobra, zebrało się we mnie i czas w końcu spuścić z balona.

Od wczoraj chyba przebrała się miara mojej tolerancji dla braku tolerancji dla tych, którzy nie podlegają prawom manipulowanej tolerancji, tylko takową wymuszają. Nawet nie wiem, od którego końca zacząć. Po kolei: moje oczy nie są niebieskie, są piwne (tak mam w dowodzie), nie są proste, są skośne, o czym wie każdy, kto mnie choć raz widział. Od pewnego czasu moja waga się waha ale ze względu na wzrost modelką nie byłam nigdy. I niestety, powinnam przepraszać za to, że jakimś cudem jestem biała bardziej niż innego koloru. Acha, nie jeżdżę na rowerze, bo mam kłopoty z błędnikiem od urodzenia, tak samo jak i nie potrafię kucnąć na dłużej niż kilka sekund. I acha, jeszcze ze trzy mishapy – przepraszam za zaśmiecanie naszego pięknego języka – które są znane tym, którym są i wystarczająco stygmatyzujące, żeby utrudniać życie. Nie tylko moje, dlatego nie nazwę ich wprost, chodzi o moje dziewczynki. Życie w czasach, świecie itede uważam, że ludzie nie są bezpieczni kimkolwiek nie są. Nie mieszkałam długo i na stałe poza Polską ale wystarczająco długo, że sprawa ma co najmniej kilka den. Wysiądź w tak zwanej „czarnej” dzielnicy gdziekolwiek w dużym mieście, pomieszkaj w „Finsbury Park”, Londyn, będąc białą, młodą kobietą, tak, tam koło meczetu. Rasizm jest po każdej stronie. Owszem, biali płacą teraz za lata bycia przy władzy ale przyjmijmy do wiadomości, że hejterzy są po każdej stronie.

Owszem, niestety jem rzeczy mięsne, rzadko ale mi się zdarza. I jest uzasadnione, żeby ktoś publicznie wyzywał mnie od padlinożerców? Ewentualnie zalewał zdjęciami, których ani ja nie chcę oglądać, ani tym bardziej nie chciałabym żeby oglądały moje dzieci? Oczywiście, chcą to znajdą. Natomiast jak ktoś, kto w komforcie i bez urabiania się po łokcie ma mi mówić, co robić? I że hejtuję? Kogo? Grupkę pakistańskich studentów, którzy wraz ze mną wyklinali na rzeczywistość w nieswoim klimacie w drodze na uczelnię na Ostrowskiego? A może gościa – nie mam pojęcia, kogo – któremu na jego agresywno/spłoszony wzrok pokazałam lajka, tylko dlatego, że on był czarny, a ja rozmawiałam przez telefon koło domu? A może chodzi o Cyganów, ups, znów błąd, Romów, z którymi współpracowałam w różnych układach i robię to do dziś? Żeby nie było, że się sadzę... jeden z nich jest jednym z moich lepszych terapeutów, do którego mogę zadzwonić w środku nocy, czego nie czynię. Mogłabym pisać godzinami. Nie o to chodzi. Ale jeśli ktoś mnie zapyta, wobec kogoś odczuwam niechęć... i to nie jest rasizm. Wobec tych, którzy patrzą na innych z góry. Tak, tak są tam Anglicy i Francuzi. I jeśli tacy ludzie chcą mnie uczyć tolerancji, to, sorry guys, go back to school. Francuskiego stety albo niestety nie znam.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28